„Mania”

 

Na podłodze, na meblach, wszędzie leżały kawałki zapisanego nutami papieru. Jerzego Maksymiuka zastawał przy domowym pianinie. Czy mógł widzieć go nagiego pośród walających się wokół pianina kawałków, całkowicie nieobecnego zmysłami? Mógł.

Filmoteka Narodowa powierzyła Jerzemu Maksymiukowi napisanie muzyki do odrestaurowanego w technologii 4K niemego filmu pt. „Mania”.

Jedyną kopię filmu, uznawaną za zaginioną, w agonalnym stanie technicznym podarował Filmotece Narodowej czeski kolekcjoner. Film wyreżyserował Węgier Eugen Illes – autor wybitnych filmów dokumentujących I wojnę światową. Autorem scenografii jest Paul Leni uznany reżyser filmów ekspresjonistycznych. Film powstał w Berlinie, będącym w latach 20. światową potęgą produkcji filmowej. Obsada międzynarodowa. W swej pierwszej roli głównej w filmie zagranicznym – Polka, Barbara Apolonia Chałupiec, która po jego sukcesie przyjęła pseudonim Pola Negri.

Maestro miał niewiele czasu na realizację zamówienia.

W otoczeniu dyrygenta i kompozytora Jerzy Wołochowicz nazywany jest staroświecko - „kopistą” lub bardziej nowocześnie - „ghostwriterem”. Sam muzyk określa się jako „music designer”. Zawód słabo jeszcze u nas identyfikowany.

Zadaniem music designera jest opracowanie i przygotowanie otrzymanego w zarysie materiału muzycznego. Następnie przedstawienie własnego opracowania w formie zapisu nutowego kompozytorowi. To kompozytor ostatecznie decyduje, czy opracowana partia się nadaje, czy wejdzie do całości kompozycji oraz jak będzie dalej funkcjonować w kompozycji.

Wołochowiczowi, wiolonczeliście grającemu w Filharmonii Narodowej i kompozytorowi, z którym od dawna współdziała Maksymiuk zaproponował współpracę przy komponowaniu muzyki do filmu.

Ich współpraca rozpoczęła się podczas komponowania przez Jerzego Maksymiuka muzyki na zamówienie Polskiego Radia Białystok. Tak powstało wielkie dzieło, przez niektórych krytyków nazywane symfonią, ale w rzeczywistości oratorium: Arbor vitae.

- Maestro szybko docenił potężne możliwości produkcyjne tkwiące w technologiach cyfrowych. Przekonał się jak szybko można pisać, tworzyć, na przykład utwór na zamówienie, poprzez przeniesienie pewnego etapu pracy na inną osobę. Posługując się technologią muzyczną można dowiedzieć się jak utwór jest skonstruowany, szybko dokonać zmian, korekt, poprawek. Można zorientować się jakie instrumenty można dodać, bądź z jakich zrezygnować. Oczywiście nie oznacza to, że ta osoba staje się autorem utworu.

Gdyby porównać muzykę do architektury, a kompozytora do architekta, to Maksymiuk posługuje się na co dzień deską kreślarską, papierem milimetrowym, rystorami i kałamarzem z tuszem, suwakiem logarytmicznym. Korzysta z narzędzi sobie znanych, choć wie, że program AutoCad wszystko wyliczy i wykreśli w idealnych proporcjach. Przynosi do studia Jerzego Wołochowicza wyrysowane tematy, zaznaczone tempa i takty i ma pewność, że w czasie znacznie krótszym niż mógł marzyć studiując kompozycję drukarka poda mu plik kartek z propozycją orkiestracji, z bezbłędnym zapisem nutowym.

Każde podejmowane wspólnie działanie zaczyna się od przypomnienia Maksymiukowi roli Wołochowicza w tandemie:

- Pan robi co pan chce i jak pan chce. Niczym się pan nie przejmuje. Ja jestem od tego, żeby panu wszystko uporządkować, poukładać i wręczyć wydruk z zapisem nutowym bez żadnych pomyłek.

Kiedy Maksymiuk chce coś sprawdzić na fortepianie, Wołochowicz podsuwa mu klawiaturę Yamahy:

- Niech się pan nie zraża, że to jest plastikowe. Ja się tym zajmę, aby brzmiało jak Steinway.

Tak powstawały wcześniej różne utwory. I regułą była niemal ta sama rozmowa:

- Co to jest? - Pyta Maksymiuk przeglądając profesjonalnie wyedytowaną i wydrukowaną partyturę.

- To pan grał.

- Kiedy?

- U mnie w studiu. Na plastikowym fortepianie.

- Ale ja jeszcze nawet tego nie napisałem...

- Nie musiał pan. Ma już pan nuty. Można nad nimi pracować.

- To było możliwe?

- Tak. Większość kompozytorów dziś w ogóle nie dotyka papieru. Muzyka powstaje głównie w studiu, na żywo, od razu, natychmiast. Wypuszcza się nuty muzykom, którzy czekają na dole. Działania klasyczne - papier nutowy i ołówek uznawane są za stratę czasu.

Podczas komponowania muzyki do „Mani” miało być inaczej.

- Ja nie jestem kamikadze! - krzyczał ze złością Maksymiuk wynikającą z niemożności ogarnięcia ogromu pracy - Żeby z powodu głupiego filmu marnować sobie życie i zdrowie! Nad tym trzeba siedzieć godzinami przez całe dni i tygodnie, żeby z tej pracy coś wyszło!

Wołochowicz tonował sytuację, starał się być pragmatyczny:

 - Mamy 90 dni do premiery filmu, 86 minut muzyki do napisania. Teoretycznie powinien Pan pisać dziennie 3 minuty. Czegokolwiek. Jeżeli pan nie da rady, proszę mi o tym powiedzieć, a ja zaproponuję czym zastąpimy brakujące 3 minuty w danym dniu.

Maksymiuk się uspokajał:

- No tak, panie Jurku, ma pan rację. 3 minuty dziennie, to nie jest, aż tak straszna praca.

Trzy minuty podczas komponowania nie oznaczają wyłącznie czasu. To wymyślenie między innymi tematu, rozpisanie go na „cegiełki”, czyli motywy, frazy. To rzędy nut, zaznaczonych temp, wskazania, które muszą rozumieć muzycy. To praca na wykonanie, której dnia może nie starczać. Nawet jeśli wykonują ją dwie osoby.

- Mistrz pracował nad tematem. – Objaśnia podział ról Wołochowicz. - Ja opracowywałem partie instrumentów zdejmując z niego mozół pisania każdej partii od nowa, ręcznie, na papierze nutowym. Potem, dzięki oprogramowaniu muzycznemu słuchaliśmy jak to brzmi.

Do studia Jerzego Wołochowicza trafiały napisane z użyciem kolorowych kredek kawałki papieru z nutami, które się sklejało i dopasowywało do innych kawałków. Music designer znał znaczenie tych kolorów w zapisie nutowym Maksymiuka. Niebieski – tempo, czerwony – dynamika.

Po kolejne kawałki jeździł do mieszkania Maksymiuka. Na podłodze, na meblach, wszędzie, leżały kawałki. Kompozytora z reguły zastawał przy domowym pianinie. Czy mógł widzieć go nagiego pośród walających się wokół pianina kawałków, całkowicie nieobecnego zmysłami? Mógł. Wołochowicz przeglądał i dopasowywał kawałki. Zabierał te, które uznał za kontynuację tego, co już zrobili i wracał do swojego studia. Korzystając z profesjonalnego sprzętu i oprogramowania robił transpozycje, wydłużenia, skróty. Kolejna minuta zyskana... Znów krok do przodu.

* * *

Filharmonia Narodowa w Warszawie. Premiera odtworzonego filmu z muzyką na żywo. Orkiestra na scenie. Batuta do góry. Zalega cisza. Na ekranie pojawiają się napisy, a publiczność słyszy pierwsze takty muzyki. Żona Jerzego Maksymiuka, Ewa Piasecka-Maksymiuka jako „suflerka” z pierwszego rzędu wspiera Jerzego Wołochowicza z komputerem na pulpicie i męża. Dyskretnie informuje: „za szybko”, „za wolno” „przyspiesz”.

Kiedy następował jakiś rozjazd orkiestra doskonale wiedziała co robić: improwizować. Publiczność nie znając partytury nigdy się nie zorientuje, że przed kilkoma sekundami coś było nie tak.

- Maestro ma, oczywiście, podzielną uwagę – wspomina Jerzy Wołochowicz – więc dyrygując orkiestrą rozmawia ze mną:

- Panie Jurku – Maksymiuk do Wołochowicza – Trzepiecińska… Ona śpiewa ten romans. Tak?

- No tak.

- My go napisaliśmy w A-dur. Tak?

- No tak.

Cały czas dyryguje.

- Ale ona tak wysoko nie śpiewa. Musimy to zrobić w Fis-dur.

– Maestro. Jesteśmy w filharmonii. Jest premiera... - Koncert trwa.

Maksymiuk dyryguje.

 - Ale gdzie są te nuty? Gdzieś były!

 - No były.

 - No, ale gdzie?!

 - Przecież panu dałem przed premierą...

Cały czas dyryguje.

 - Nie mam ich! - Pani umie zagrać ten romans w Fis-dur? – Maksymiuk zwraca się do Anny Rutkowskiej-Schock, która akurat gra swoją partię.

- Nie ma mowy! - kategorycznie ucina przerażona pianistka.

Publiczność wypełniająca salę Filharmonii Narodowej do ostatniego miejsca stojącego, siedząca na schodach między rzędami w skupieniu ogląda koncertowy pokaz filmu. Maksymiuk poszukuje rozwiązania:

- Panie Jurku, a pan umie na fortepianie? – Pyta Wołochowicza.

- A dlaczego?

- No bo ja muszę dyrygować.

- Nie, nie umiem! – Teraz Wołochowicz jest przerażony.

- No dobra. Ale co robimy? – Maksymiuk jest bezradny.

- Jak już będzie katastrofa, to się dowiemy... – Mówi zatrwożony Wołochowicz.

- No dobrze, jak już przyjdzie do tego momentu, to coś wymyślimy.

Mistrz ciągle dyryguje.

Przyszło do tego momentu. Projekcja i koncert dobiegają końca. Na scenie za chwilę pojawi się Joanna Trzepiecińska. Maksymiuk otwiera partyturę.

- O, panie Jurku, są te nuty! Proszę mi powiedzieć kiedy to będzie. Ja ich wyciszę - wzrokiem wskazuje orkiestrę - i sam przejdę do fortepianu.

Nie przestaje dyrygować…

Tak się stało. Podszedł do fortepianu i bezbłędnie zagrał w innej tonacji całą zapisaną w nutach partię muzyczną solistki. Nikt wśród publiczności nie mógł się nawet zorientować, że nastąpiło jakieś odstępstwo od pierwotnego scenariusza.

- Ponadto jeszcze - uzupełnia Jerzy Wołochowicz - aby uniknąć dysonansu z powodu zmienionej tonacji, wmontował ad hoc dodatkowe akordy, których przedtem w ogóle nie było. Mistrzostwo świata! Nie ma innego określenia. Ja po tym koncercie byłem o kilo lżejszy, a dla Maestro Maksymiuka, to zero problemów.

* * *

 

© 2016 Jacek Waloch | design: Nu Graphics